.
Bylo tak:
.
Drobne przypomnienie o tym, ze nic w Indiach nie jest proste mialem juz w Bangalore, gdy probowalem kupic bilet na autobus do miejscowosci o nazwie – fonetycznie – Kanur. Na dworcu byly autobusy do: Canoor, Kannanore, Kannur i jeszcze kilka kombinacji, ktorych nie pamietam. Dojscie do tego, ze to wszystko jedno i to samo zajelo mi godzine. Z Kanur kontynuowalismy podroz pociagniem. Rano, jeszcze na czczo, pobieglem nabyc bilety na wieczorny pociag. W Indiach kazda stacja kolejowoa rzadzi sie swoimi zasadami i kupno biletu to nie blachostka. Kiedy po poltorej godziny kombinowania i czekania nastala moja kolej by podejsc do okienka i spocona dlonia z niepewnym usmiechem podalem wymiety formularz rezerwacji, a pani odeslala mnie do okienka, od ktorego zaczalem dzisiejszy poranek, moj duch bojowy lekko sie podlamal. Ostatecznie okazalo sie, ze na wszystkie miejsca lezace jest juz rezerwacja i dostepne sa tylko miejsca do najtanszej klasy, siedzace, wyszedlem z dworca z taka wiazanka na ustach, ze interwju na stanowisko szewca zaliczylbym spiewajaco. Po krotkiej konsultacji z narzeczona, wrocilem na dworzec by nabyc bilet na klase najtansza.
.
Kilka slow o common compartment czyli najtanszej klasie w hinduskich pociagach: pani sprzedajc mi bilet patrzyla z niedowierzaniem, pan w informacji szczerze odradzal, a ja mialem przed oczami obrazy z poprzednich wizyt w Indiach, kiedy jadac pociagiem, na stacji zatrzymywalismy sie tak, ze moglem zajrzec w okna common compartmant, w myslach szczerze dziekowalem Stworcy, ze nie musze tam byc. Reszte pozostawiam waszej wyobrazni.
.
Tak wiec dzien mija nam powoli, do odjazdu jeszcze wiele godzin, a ja w myslach coraz bardziej sie nakrecam na wieczorne spotkanie z kolejowym pandemonium. Moje wyobrazenia prawdopodobnie nie mialy zbyt wiele wspolnego z rzeczywistoscia, Hindusi to przeciez cudowni ludzie, strach ma wielkie oczy itp... niemniej jednak nie moglem uspokoic mysli. Nastal wieczor, nieuchronne zbliza sie wielkimi krokami, pocieszamy sie z Ula, ze na pewno nie bedzie tak zle i ze czeka nas przygoda, juhu! ... Tak naprawde to bylismy bardzo zmeczeni i nie mielismy ochoty na konsekwencje tej podrozy, chcielismy odrobine komfortu i snu. Siedzac tak na tym dworcu pelnym ludzi i dziwiekow, szczelnie okryci wilgotnym upalem monsunu, starajac sie zachowac spokoj mysli, odganialem starego, bezzebnego dziadka, ktory chcial wyciagnac od nas drobne. Zdecydownie nie bylem w nastroju na dobroczynnosc. Dziadek odszedl na kilka krokow, przycupnal na laweczce i zaczal kombinowac cos skrycie, wyjmujac jakies rzeczy z kieszeni i torby, lypal na mnie spod oka, jego lysa glaca blyszczala odbitym swiatlem reflektorow. Po chwili stanal przede mna i w wyciagnietej rece trzymal skreconego bidi, to taki hinduski papieros, z tym ze zamiast bibuly jest lisc. Przyjalem prezent - wodz poczestowal blada twarz fajka pokoju - odplacilem garscia drobnych. Wodz pocalowal mnie w rece i przymierzal sie do calowania stop, ale udalo mi sie go powstrzymac. Na znak przyjazni zapalilem bidi, dziadek wrocil na miejsce i dalej mi sie przygladal. Bidi smakowal jakos dziwnie, ostro, pachnial slodko, nagle w glownie zapalila mi sie lampka i kiedy do dziadka dotarlo, ze do mnie juz tez dotarlo co jest w srodku, wybuchnal bezzebnym smiechem slyszanym w promieniu kilku peronow. Niahahahahahahahahaaaaa!
.
Teraz siedzialem upalony, nie wiedzac czy poddac sie blogiemu nastrojowi czy popasc w paranoje, na wszelki wypadek pozostalem gdzies pomiedzy.
.
W miedzyczasie pojawila sie kolejna tajemnicza postac, z wygladu i z zachowania mala, gruba, hinduska wersja Cejrowskiego. Zjawa oglosila sie naszym wybawca, oznajmila, ze jest bylym bileterem na emeryturze i ze zalatwi nam przeniesienie do wyzszej klasy i od tego momentu jestesmy pod jego opieka,a tymczasem napijemy sie razem herbaty. Zniknal za rogiem i po chwili pojawil sie z dwoma filizankami czaju. Zabralismy sie do spozywania napoju, gdy nagle mnie oswiecilo, przeciez to najstarszy trik w ksiazce, obcy czestuje cie napojem a ty budzisz sie doskonale wyspany i ograbiony z majatku.
.
Polgebkiem mowie - Ula, nie pij tego, zatrute.
.
Paranoje mialem wielka, Ula jeszcze nie wiedziala, ze przemawiam do niej z basniowej krainy. Na szczescie po chwili przyznala mi racje i zgodzila sie, ze trzeba sie tego pozbyc. Ale jak? Herbatodawca siedzi obok nas i nie spuszcza z nas wzroku. Na szczescie pojawia sie dziadek – truciciel, Ula czestuje go swoja herbata.
.
Karma dziala – jak trujesz, to zostaniesz otruty skurczybyku – myslalem z satysfakcja.
.
Herbatodawca sie oburzyl, ze jego pieniadze poszly na napoj dla zebraka, uspokajalem go, ze Ula jest niczym Matka Teresa i wszystkim sie dzieli, ze juz rozdala polowe naszych pieniedzy i nie jestem w stanie kontrolowac jej dobroczynnych zapedow. Uwierzyl, pokrecil glowa, wstal i oddalil sie na kilka krokow. Teraz byla moja szansa by pozbyc sie napoju.
.
Dalem filizanke Uli i mowie tak:- Ja bede sie na niego patrzyl i kiedy odwroci wzrok powiem ci – teraz – a ty wylejesz to na ziemie.
.
Obserowje go , gosc odwraca wzrok, mowie do Uli:- teraz mozesz, wylewaj, jeszcze mozesz, mozesz, mozesz, jeszcze mozesz ... juz nie mozesz.
.
W tym momencie Ula chlustnela mi goraca herbata na stopy. Herbatodawca zrobil wielkie oczy, ja krzyknalem z bolu, a dziadek - truciciel parsknal gromkim smiechem slyszanym 3 perony dalej . Niahahahahahahahahahahahahaaaaaaaaaa...
.
Nadjechal pociag.
.
Nasz samozwanczy wybawca, zabral nas ze soba, docieramy do przedzialu, tam pierwszej z brzegu kobiecie oznajmia, ze ma sie podzielic z nami swoja lezanka, kobieta wzieta z zaskoczenia godzi sie tylko na Ule. Zaczyna sie klotnia, wlaczaja sie kolejni ludzie, coraz wieksze zamieszanie, w waskim korytarzu blokujemy ruch z obydwu stron, zaczymamy sie ze wszystkiego wycofywac, przepraszac, nie tego chcielismy. Pasazerowie widzac, ze padlismy ofiara jakiegos szalenca – mitomana, odstepuja nam jedna lezanke, pozyczaja koc. Teraz obserwujemy wariata z pozycj lezacej, majac komfort myslowy i miejsca na spedzenie nocy. Pojawia sie konduktor z szefem skladu. Wariat nie odpuszcza, prawie dochodzi do rekoczynow, pracownicy koleji sie napuszaja w swoich mundurach, przedstawienie trwa, trwa, cichnie, gasnie. Ukladamy sie do snu, joga niewygodnych pozycji. Wreszcie gasna swiatla, czas spac... tylko dlaczego jestem tak potwornie glodny!?!
.
Podsumowujac w kilku slowach – jesli poszukujesz egzotyki, zapomnij o Orangutanach na Sumatrze czy dzungli na Borneo, zadne odlegle chinskie prowincje, azjatyckie autostopy czy tropiklane wyspy. W indiach wystarczy wyjsc z hotelu na sniadanie, by zawyc z zachwytu, krecic glowa z niedowierzaniem i utonac w fascynacji. Incredible India!
.
0 komentarze:
Prześlij komentarz