25 czerwiec 2008

Koleje losu

Kilaka razy pisalem juz na blogu, o tym jak wygladaja realia przemieszczania sie z miejsca na miejsce w Azji. Po 10 miesiacach mamy juz odrobine doswiadczenia, nie dajemy sie zaskoczyc, wiemy mniej wiecej czego sie spodziewac. Wlasnie... zycie ma jakis taki malo zabawny zwyczaj, ze kiedy wydaje ci sie, ze juz cos wiesz to sie dowiadujesz, ze nie wiesz nic. Przygody na trasie Kerala – Goa byly dla nas bez precendensu.
.
Bylo tak:
.
Drobne przypomnienie o tym, ze nic w Indiach nie jest proste mialem juz w Bangalore, gdy probowalem kupic bilet na autobus do miejscowosci o nazwie – fonetycznie – Kanur. Na dworcu byly autobusy do: Canoor, Kannanore, Kannur i jeszcze kilka kombinacji, ktorych nie pamietam. Dojscie do tego, ze to wszystko jedno i to samo zajelo mi godzine. Z Kanur kontynuowalismy podroz pociagniem. Rano, jeszcze na czczo, pobieglem nabyc bilety na wieczorny pociag. W Indiach kazda stacja kolejowoa rzadzi sie swoimi zasadami i kupno biletu to nie blachostka. Kiedy po poltorej godziny kombinowania i czekania nastala moja kolej by podejsc do okienka i spocona dlonia z niepewnym usmiechem podalem wymiety formularz rezerwacji, a pani odeslala mnie do okienka, od ktorego zaczalem dzisiejszy poranek, moj duch bojowy lekko sie podlamal. Ostatecznie okazalo sie, ze na wszystkie miejsca lezace jest juz rezerwacja i dostepne sa tylko miejsca do najtanszej klasy, siedzace, wyszedlem z dworca z taka wiazanka na ustach, ze interwju na stanowisko szewca zaliczylbym spiewajaco. Po krotkiej konsultacji z narzeczona, wrocilem na dworzec by nabyc bilet na klase najtansza.
.
Kilka slow o common compartment czyli najtanszej klasie w hinduskich pociagach: pani sprzedajc mi bilet patrzyla z niedowierzaniem, pan w informacji szczerze odradzal, a ja mialem przed oczami obrazy z poprzednich wizyt w Indiach, kiedy jadac pociagiem, na stacji zatrzymywalismy sie tak, ze moglem zajrzec w okna common compartmant, w myslach szczerze dziekowalem Stworcy, ze nie musze tam byc. Reszte pozostawiam waszej wyobrazni.
.
Tak wiec dzien mija nam powoli, do odjazdu jeszcze wiele godzin, a ja w myslach coraz bardziej sie nakrecam na wieczorne spotkanie z kolejowym pandemonium. Moje wyobrazenia prawdopodobnie nie mialy zbyt wiele wspolnego z rzeczywistoscia, Hindusi to przeciez cudowni ludzie, strach ma wielkie oczy itp... niemniej jednak nie moglem uspokoic mysli. Nastal wieczor, nieuchronne zbliza sie wielkimi krokami, pocieszamy sie z Ula, ze na pewno nie bedzie tak zle i ze czeka nas przygoda, juhu! ... Tak naprawde to bylismy bardzo zmeczeni i nie mielismy ochoty na konsekwencje tej podrozy, chcielismy odrobine komfortu i snu. Siedzac tak na tym dworcu pelnym ludzi i dziwiekow, szczelnie okryci wilgotnym upalem monsunu, starajac sie zachowac spokoj mysli, odganialem starego, bezzebnego dziadka, ktory chcial wyciagnac od nas drobne. Zdecydownie nie bylem w nastroju na dobroczynnosc. Dziadek odszedl na kilka krokow, przycupnal na laweczce i zaczal kombinowac cos skrycie, wyjmujac jakies rzeczy z kieszeni i torby, lypal na mnie spod oka, jego lysa glaca blyszczala odbitym swiatlem reflektorow. Po chwili stanal przede mna i w wyciagnietej rece trzymal skreconego bidi, to taki hinduski papieros, z tym ze zamiast bibuly jest lisc. Przyjalem prezent - wodz poczestowal blada twarz fajka pokoju - odplacilem garscia drobnych. Wodz pocalowal mnie w rece i przymierzal sie do calowania stop, ale udalo mi sie go powstrzymac. Na znak przyjazni zapalilem bidi, dziadek wrocil na miejsce i dalej mi sie przygladal. Bidi smakowal jakos dziwnie, ostro, pachnial slodko, nagle w glownie zapalila mi sie lampka i kiedy do dziadka dotarlo, ze do mnie juz tez dotarlo co jest w srodku, wybuchnal bezzebnym smiechem slyszanym w promieniu kilku peronow. Niahahahahahahahahaaaaa!
.
Teraz siedzialem upalony, nie wiedzac czy poddac sie blogiemu nastrojowi czy popasc w paranoje, na wszelki wypadek pozostalem gdzies pomiedzy.
.
W miedzyczasie pojawila sie kolejna tajemnicza postac, z wygladu i z zachowania mala, gruba, hinduska wersja Cejrowskiego. Zjawa oglosila sie naszym wybawca, oznajmila, ze jest bylym bileterem na emeryturze i ze zalatwi nam przeniesienie do wyzszej klasy i od tego momentu jestesmy pod jego opieka,a tymczasem napijemy sie razem herbaty. Zniknal za rogiem i po chwili pojawil sie z dwoma filizankami czaju. Zabralismy sie do spozywania napoju, gdy nagle mnie oswiecilo, przeciez to najstarszy trik w ksiazce, obcy czestuje cie napojem a ty budzisz sie doskonale wyspany i ograbiony z majatku.
.
Polgebkiem mowie - Ula, nie pij tego, zatrute.
.
Paranoje mialem wielka, Ula jeszcze nie wiedziala, ze przemawiam do niej z basniowej krainy. Na szczescie po chwili przyznala mi racje i zgodzila sie, ze trzeba sie tego pozbyc. Ale jak? Herbatodawca siedzi obok nas i nie spuszcza z nas wzroku. Na szczescie pojawia sie dziadek – truciciel, Ula czestuje go swoja herbata.
.
Karma dziala – jak trujesz, to zostaniesz otruty skurczybyku – myslalem z satysfakcja.
.
Herbatodawca sie oburzyl, ze jego pieniadze poszly na napoj dla zebraka, uspokajalem go, ze Ula jest niczym Matka Teresa i wszystkim sie dzieli, ze juz rozdala polowe naszych pieniedzy i nie jestem w stanie kontrolowac jej dobroczynnych zapedow. Uwierzyl, pokrecil glowa, wstal i oddalil sie na kilka krokow. Teraz byla moja szansa by pozbyc sie napoju.
.
Dalem filizanke Uli i mowie tak:- Ja bede sie na niego patrzyl i kiedy odwroci wzrok powiem ci – teraz – a ty wylejesz to na ziemie.
.
Obserowje go , gosc odwraca wzrok, mowie do Uli:- teraz mozesz, wylewaj, jeszcze mozesz, mozesz, mozesz, jeszcze mozesz ... juz nie mozesz.
.
W tym momencie Ula chlustnela mi goraca herbata na stopy. Herbatodawca zrobil wielkie oczy, ja krzyknalem z bolu, a dziadek - truciciel parsknal gromkim smiechem slyszanym 3 perony dalej . Niahahahahahahahahahahahahaaaaaaaaaa...
.
Nadjechal pociag.
.
Nasz samozwanczy wybawca, zabral nas ze soba, docieramy do przedzialu, tam pierwszej z brzegu kobiecie oznajmia, ze ma sie podzielic z nami swoja lezanka, kobieta wzieta z zaskoczenia godzi sie tylko na Ule. Zaczyna sie klotnia, wlaczaja sie kolejni ludzie, coraz wieksze zamieszanie, w waskim korytarzu blokujemy ruch z obydwu stron, zaczymamy sie ze wszystkiego wycofywac, przepraszac, nie tego chcielismy. Pasazerowie widzac, ze padlismy ofiara jakiegos szalenca – mitomana, odstepuja nam jedna lezanke, pozyczaja koc. Teraz obserwujemy wariata z pozycj lezacej, majac komfort myslowy i miejsca na spedzenie nocy. Pojawia sie konduktor z szefem skladu. Wariat nie odpuszcza, prawie dochodzi do rekoczynow, pracownicy koleji sie napuszaja w swoich mundurach, przedstawienie trwa, trwa, cichnie, gasnie. Ukladamy sie do snu, joga niewygodnych pozycji. Wreszcie gasna swiatla, czas spac... tylko dlaczego jestem tak potwornie glodny!?!
.
Podsumowujac w kilku slowach – jesli poszukujesz egzotyki, zapomnij o Orangutanach na Sumatrze czy dzungli na Borneo, zadne odlegle chinskie prowincje, azjatyckie autostopy czy tropiklane wyspy. W indiach wystarczy wyjsc z hotelu na sniadanie, by zawyc z zachwytu, krecic glowa z niedowierzaniem i utonac w fascynacji. Incredible India!
.

0 komentarze: