.
Wysiadajac z samolotu na plyte lotniska w Indiach, niezaleznie od pory dnia czy nocy, ma sie niodparte wrazenie, ze popsulo sie ogrzewanie w pomieszczeniu, do ktorego weszlismy i regulator zacial sie w pozycji max, chwile potem dociera do nas ze jestesmy na dworze. Po wyjsciu z lotniska czeka nas kick boxing z kierowcami taksowek, dla ktorych powstanie narodowe i walka o klienta to to samo. Z taka wizja oczekiwalismy na samolot na lotnisku w Singapurze, chumory srednie, cos w stylu ostatniego dnia na koloniach, kiedy wiadomo, ze jutro zaczyna sie szkola.
.
Tym razem jednak Indie postanowily byc dla nas odrobine lagodniejsze, chyba odplacaly dobra karma za dni, ktore spedzilismy pracujac w centrum Matki Teresy w Kalkucie, a moze jedynie mielismy odrobine farta. Na lotnisku poznajemy trenera druzyny krikieta, ktory wlasnie wraz z zawodnikami wracal z malego turne po Malezji.
.

Nasz gospodarz z rodzina
.
Zaproponowal pomoc w poszukiwaniu zakwaterowania w Bangalore, miejscu docelowym. Kilka godzin pozniej ukladamy sie do snu w jego domu. Poscielil nam na podlodze pokoju komputerowego, wczesniej placac za taksowke i posilek w drodze z lotniska. Nastepnego dnia odwiedzamy dom jego matki, ktora doslownie obsypuje nas prezentami. Ula dostaje material na sari, przyda sie w Pakistanie i Iranie do zakrycia glowy. Goscinnosc ludzi na poludniu Indii jest fantastyczna. Zupelnie inne doswiadczenie niz na polnocy.
.

Uwielbiam u Hindusow taka rzecz - mijajac cie na ulicy, czy siedzac na przeciwko ciebie w restauracji czy pociagu, potrafia ci sie przygladac natretnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy, odrobine srogim. Wystarczy jednak sie usmiechnac i kiwnac glowa, a na twarzy obserwatora eksploduje usmiech i kiwa glowa na boki, tak jak to tylko Hindus potrafi, jakby mial o jedna kosc wiecej w szyji.
.
W Bangalore spedzamy dzien snujac sie po ulicach, czekajac na wieczorny autobus do Kerali. W pewnym momencie zawolani dzwiekiem bebnow wchodzimy do jednaj ze swiatyn. Odbywa sie jakis rytual - tlum, taniec, trans, ogluszajace bebny. .

.

.
Tlumek gapiow widzac nasze zainteresowanie, prawie na sile wpycha nas do srodka, Ula ginie mi gdzies z oczu, tlum tanczy w transie. Potezna dawka energi i dzwieku, cos jakby stac pod sama scena na koncercie heavy-metalowych szarpidrutow, perkusista szybki jak koliber, a wokalista wrzeszczy jakby sie wrzatkiem polewal, gdyby to ubrac w hinduski festiwal doznania prawie identyczne. Po nieokreslonym czasie, wrzawa troche milknie a tance przenosza sie na ulice, odnajduje Ule wzrokiem, miny mamy dziwne, troche eufori troche paniki... .

.
W restauracji za rogiem, uzupelniajac poziom plynow, pytam sie wlasciciela co to za fantastyczny festiwal sie odbywa, on na to, ze to nie festiwal i ze oni tak kilka razy w tygodniu...
0 komentarze:
Prześlij komentarz