Bylo to tak:
Wracalem z nieudanego trekingu, mialem zamiar zrobic kilka zdjec okolicznego wodospadu. Droga do wodospadu wydawala sie byc do pokonania spacerkiem, wiec nie ubralem obuwia trekingowego, poszedlem w klapkach. Efekt byl taki, ze w polowie drogi musialem zawrocic lub zwichnac kostke. Wracajac obralem dluzsza droge, przez pobliska wies. Snucie sie po Sumatrze ma swoj fajny klimat. Ze wzgledu na niedawne katastrofy naturalne i niepewna sytuacje polityczna w zachodniej czesci Sumatry turysci pojawiaja sie nieczesto, a ci nieliczni ktorzy zabladza w te regiony, witani sa bardzo serdecznie. Szedlem sobie tak wiec niespiesznie, pochloniety bez reszty planami na przyszlosc, myslami bedac gdzies w Pakistanie, kiedy nie wiedziec czemu, moj wzrok przykula zielona galazka wystajaca na ulice z przydroznej trawy, oddalona o jakis metr ode mnie. Krok pozniej moja swiadomosc nadal nie zdawala sobie sparawy z tego, co sie dzieje, a w momencie kiedy robilem nastepny krok, moja podswiadomosc krzyknela WAZ! Ja krzyknelem bardzo niecenzuralnie i przysiegam, ze gdyby na olimpiadzie byla dyscyplina skok w tyl mialbym duze szanse na podium. Wszystko to wydarzylo sie tak szybko, ze dopiero chwile potem, kiedy stalem juz w bezpiecznej odleglosci, a adrenalina gotowala mi sie w zylach do tego stopnnia, ze ledwie udalo mi sie zrobic zdjecie, dotarlo do mnie co wlasciwie sie stalo. Zielona Mamba stapia sie z natura tak, ze nawet teraz wiedzac juz na co patrze, trudno mi bylo odroznic go od otaczajacej trawy. Waz siedzial tam jeszce chwile, nie mogac sie zdecydowac w ktora strone podazyc, chwile potem zniknal w zaroslach. Stalem wryty w ziemie. Wielokrotnie
podczas podrozy rozmawialem z miejscowymi o wezach, boje sie ich panicznie, nawet tego samego dnia rano, przed wyruszeniem, pytalem sie wlasciciela hotelu o weze w okolicy. Zawsze padala ta sama odpowiedz. Waz kiedy czuje drgania ziemi, wie ze ktos sie zbliza i sam schodzi z drogi, a jedyna szansa by zostac ukaszonym, to zeskoczyc na weza na przyklad z drzewa, albo nieopatrznie dotknac go kiedy sie chowa w listowiu. Miejscowi zawsze mowili, ze weze same uciekaja i jezeli sie ich nie drazni nie kasaja. Zawsze wierzylem w ta teorie i dlatego bez wiekszego strachu spacerowalem po bezdrozach Azji, ale wyglada na to, ze w niedalekiej przyszlosci zainwestuje w kalosze. Z powrotem w miasteczku kiedy pokazywalem miejscowym zdjecie, nie chcieli uwierzyc, ze zostalo zrobione tak blisko miasteczka. Mowili, ze tan okaz byl wyjatkowo duzy i ze mam podwojne szczescie, raz ze go widzialem, dwa ze zyje ... You are a lucky man, Lukas - mowili - Lucky Lukas :)
.
.
0 komentarze:
Prześlij komentarz