Albert- ja ci mowil ze niemartwic, dobra cena, ja przyjaciel, ty przyjaciel.
Ja -Ok , o ktorej ten autobus odjezdza?
Albert - o drugiej.
Byla pierwsza.
Ja - super to zalatwiles, Albert, tylko przepakuje plecaki i place za bilet.
Albert - Po co plecaki, nie sens, plecaki ze soba.
Ja- gdzie ze soba?
Albert - tam gdzie spac
Ja - ???
Albert -autobus jechac jutro o drugiej, ja zabrac do hotel pokazac, ja przyjaciel, ty przyjaciel.
Ja - !@#$%^&* !!! ALBERT ! Ty zabrac nas na dworzec autobusowy! ROZUMIEC?!?
Albert - rozumiec, rozumiec, nie martwic, ja przyjaciel, ty przyjaciel.
I kiedy juz mielismy wyruszyc w strone dworcaobiecanego, taksowka odmowila posluszenstwa i nie chciala odpalic. Chwile potem, kiedy podczas odpalania na pych w rownikowym upale japonki przyklejaly mi sie do asfaltu a rura wydechowa prychala czarnym dymem prosto w moje pluca, przypomnial mi sie moment, w ktorym pisalem poprzedniego posta -o tesknocie do trudow. Albert wykonal jeszce kilka prob zabrania nas do firmy przewozniczej tescia, szwagra, siostry kolegi psa, niewazne, byle by rodzina. Ostatecznie ladujemy w autobusie w wybranym kierunku i za odpowiadnia cene, okazuje sie jednak, targowalismy sie tak zaciekle ze, nasz przewodnik z podziemia nie dostal prowizji. Oczy zaszly mu lzami, spojrzal na mnie z wyrzutem i powiedzial - ja przyjaciel, ty przyjaciel. Na moje pytanie - Ile? Albert rzuca cene z kosmosu, potem mowi ze moge mu kupic fajki i bedzie ok. Wchodzimy razem do sklepu, Albert porywa z polki najdrozsze papierosy i butelke wody i wybiega rzucajac za siebie - ja przyjaciel, ty przyjaciel " i znika gdzies w tumanach przydroznego kurzu. Pewnie zapadl sie pod ziemie.
W autobusie czekaly na nas dwa ostatnie miejsca, pierwszy rzad, zaraz za kierowca. Ucieszylo nas to, gdyz te miejsca ze wzgledu na duza ilosc przestrzeni na nogi, zawsze sa najtrudniejsze do dostania.Wiekszosc pasazerow gniezdzila sie na tylach. Chwile po wyjechaniu na droge dotarlo do nas ,dlaczego tak ochoczo przydzielono nam te najwygodniejsze miejsca. Kierowca ruszyl jak opetany. Waska, wijaca sie meandrami jak leniwa rzeka droga, zapchana ciezarowkami pomiedzy ktorymi smigaja setki motorkow - jest dla indonezyjskich kierowcow tym czym dla Roberta K. tor F1. Wstepuje w nich duch rajdowy. Wyprzedzaja na trzeciego, czwartego i piatego, najchetniej na zakrecie lub pod gorke, pewnie dlatego, ze wtedy nie widac samochodow jadacych z przeciwka. Obowiazuje prawo dzungli. Rdzewiejace wraki pojazdow na poboczach sa niemym swiadkiem tej zbiorowej psychozy I przestroga dla turystow majacych w planach zwiedzanie Sumatry.Widzac to ,co sie dzieje na drogach zastanawialem sie, jak to mozliwe, ze Indonezja jest najliczniejszym muzulmanskim krajem na swiecie- tu nie powinno juz byc nikogo! Najdziwniejsze jest to, ze kiedy urzadzaja postoj, pospiech nagle znika i czekamy na pana kierowce, ktory jeszcze musi zamienic kilka slow z kolegami, drapiac sie bez pospiechu po klejnotach. Przejechanie niecalych dwustu kilometrow zajelo nam szesc godzin. Jutro mamy do przejechania tysiac…
0 komentarze:
Prześlij komentarz